W ciągu dwóch i pół godziny na Głogowskiej przeprowadziłam kilkadziesiąt rozmów z osobami, z których najstarsza miała prawie 90 lat, najmłodsza – ok. sześciu. To chłopiec, który zapytał mnie, czy jazda na hulajnodze też na Nowej Głogowskiej będzie możliwa.

Szczerze mówiąc – szłam tam z rezerwą. Mam już trochę dosyć tych kłótni o wyższość rowerzystów nad kierowcami, kierowców nad pieszymi, poszerzania nad zwężaniem i odwrotnie… Dość wyzwisk od lewackich terrorystów, którzy powinni “wyprowadzić się na wieś, jeśli chcą żyć w spokoju i harmonii, bo TU JEST MIASTO”… W ciągu ostatnich dwóch lat brałam udział w wielu konsultacjach społecznych dotyczących zmian w organizacji ruchu i wyglądzie Poznania. Większość z nich wyglądała podobnie i brały w nim udział wciąż te same osoby… Wszystkie były związane ze sporym napięciem, nerwami i bardzo wyczerpujące…
Ale poszłam.
I teraz żałuję, że byłam tak krótko.

W sobotę, między 8.00 a 14.30 było nas na Głogowskiej siedmioro. Włodek, Justyna, Łukasz, dwie Agnieszki, Dawid i ja.


Co tam robiliśmy?


Poprosiliśmy Zarząd Dróg Miejskich, by na odcinku kilkuset metrów wyłączył jeden pas ruchu. Stąd słupki:

Wyłączyliśmy  też na tym odcinku światła na przejściach dla pieszych.
To dwa najbardziej kontrowersyjne posunięcia, a jedno nie ma sensu bez drugiego. Chcemy właśnie ‘na żywo’ pokazać, jak to razem działa. Nie tylko samemu to sprawdzić, ale i stworzyć szansę, by mogli zmiany doświadczyć mieszkańcy.


Na chodniku zorganizowaliśmy punkt informacyjny i prezentację naszych propozycji dla Nowej Głogowskiej.  Na sztalugach ilustracje rozwiązań dla różnych fragmentów ulicy. Pokazywały, jak wygląda dziś, a jaką chcielibyśmy ją widzieć w bliższej i dalszej przyszłości. Ze spokojniejszym ruchem, chodnikami bez rowerów, zieloną jak niegdyś, w czasach jej świetności.
Były ulotki i stolik, przy którym można było podpisać petycję albo wypełnić ‘ankietę potrzeb’.

Większość przechodniów, nawet tych obładowanych zakupami, zatrzymywała się z zaciekawieniem. Oglądali zdjęcia i wizualizacje. Wielu przyjemność sprawiało identyfikowanie znajomych miejsc, odgrzebywanie w pamięci wspomnień – gdzie był kiedyś sklep, a gdzie restauracja. Z uwagą odkrywali nowe szczegóły i byli zaskoczeni, jak niewiele potrzeba, by tę przestrzeń zmienić na bezpieczne i przyjazne do życia miejsce.

Słuchaliśmy skarg:
Że teraz tu tylko banki i lombardy.
Że ciężko przejść przez jezdnię z jednej strony ulicy na drugą
Że kierowcy bez kultury, a rowerzyści bez wyobraźni
Że beton zamiast zieleni (ojej, ile tu było drzew – dziwi się młoda dziewczyna, która wraz z mamą ogląda prezentację i obecne w niej zdjęcia sprzed 70 lat)
Że z dziećmi do parku daleko, skrawek zieleni by się przydał bliżej.
Że hałas i nawet latem nie można okna otwierać.
Że smog…

.

Omawialiśmy niepokoje:
– Bez świateł samochody nas rozjadą. Nie będzie dało się przejść – martwi się pani z zakupowym wózkiem. Tłumaczę cierpliwie i pokazuję na jezdnię i ilustracje. Proszę zobaczyć – jest sznur samochodów, a jadą wolno. Przed chwilą Pani przechodziła i nawet nie zauważyła, że światła są wyłączone!
– I tu – kiedy indziej pokazuję ilustracje “z przyszłości” – widzi pan, jezdnia nie jest prosta, tylko biegnie w kształcie litery S. – No tak, to trzeba zwolnić – konstatuje pan.


Obok W. zapewnia, że liczba miejsc parkingowych się nie zmieni, na niektórych odcinkach nawet będzie ich więcej. Ale – mówi W. – jak daleko ma pan to tramwaju? 100 metrów? Możliwe, że do samochodu też trzeba będzie podejść – można zapewnić miejsca, ale nie można dać gwarancji, że każdy będzie mógł stanąć pod swoją bramą – bo tego po prostu zrobić się nie da. Ani teraz, ani w przyszłości.

– Nie rozumiem, o co tu chodzi – rzuca jakaś pani, a ton ma lekko zaczepny.
– Ależ chętnie wytłumaczę – uśmiecham się.
– A nie, nie chcę nic słyszeć – mówi i szybko odchodzi. Ale wraca, jeszcze czterokrotnie. Tym razem rozmawia z nią Ł.
Dwóch mężczyzn energicznie przechodzi obok, nawet się nie zatrzymują, ale komentują tak, by wszyscy słyszeli: „Banda idiotów, niedługo całe miasto zamkną”.


Czy jeszcze tu będziecie kiedyś? Powiedziałabym sąsiadce – pyta starsza pani.
Jak będzie akcja sadzenia drzew – zawiadomcie, chcę sadzić razem z wami – prosi inna.

A. biegnie do ksero, bo skończyły się listy z rubrykami do zbierania podpisów pod petycją do Prezydenta. Chwilami do stolika czeka naraz kilka osób chętnych, by złożyć podpis. Ludzie pytają też o Kolejową i Rynek Łazarski – powtarzają się uwagi, że tak mało w nowym projekcie rynku jest zieleni… Musimy zapewniać, że to nie ostatnia nasza obecność na Głogowskiej, a dopiero początek.

O 14.00 panowie z ZDM włączyli  światła, uruchomili na powrót drugi pas ruchu,i samochody przyspieszyły. A my znów musieliśmy zacząć krzyczeć, by się nawzajem słyszeć…
Dwie godziny minęły w oka mgnieniu. To były dwie godziny zaskoczeń. Zaskoczyło mnie, jak bardzo mieszkańcom zależy na ich ulicy. Jak chętnie dyskutują o tym, co chcieliby tu zmienić. Jak dużo w nich otwartości, ciekawości i życzliwości, a jak niewiele agresji, w którą obrastają dyskusje w internecie. Jestem im za to bardzo wdzięczna! Za zaangażowanie i poświęcony Głogowskiej czas. Za chęć włączenia się  w pracę nad jej zmianą na lepsze. Także za wszystkie wątpliwości i zastrzeżenia, którymi się z nami dzielili. Za inspiracje. Za poczucie, że tak wiele nas łączy!


Naładowaliśmy akumulatory. Bardzo się przydadzą, bo niebawem  wrócimy…

 

 

 

Autor:Paulina Suszka

Zdjęcia: Agnieszka Glapa, Justyna Klak-Nowakowa